Kategoria: Aktualności
Od jazzowego buntu do legend big beatu. Odpalamy muzyczny wehikuł czasu na festiwalu „Wróćmy na jeziora”

Wyobraźcie sobie festiwal, który dosłownie rozsadza skrzynki mailowe organizatorów. Sto dwadzieścia zgłoszeń. To absolutny kosmos. Mikołajki właśnie odpalają muzyczną petardę z okazji swoich trzechsetnych urodzin, a I Ogólnopolski Festiwal Muzyczny „Wróćmy na jeziora” zapowiada się na wydarzenie roku. Na scenie pojawią się młode talenty, w jury zasiądą tuzy pokroju Tatiany Okupnik, Kasi Dereń czy Nicka Sincklera, ale to, co będzie działo się w kuluarach, przyprawi każdego fana retro brzmień o gęsią skórkę. Kawał historii. Tak w dwóch słowach można opisać wystawę, która od 20 do 22 lutego przejmie przestrzenie Centrum Kultury „Kłobuk”.

Wiesław Wilczkowiak to gość, który o polskim rock'n'rollu wie chyba wszystko. Zbieracz z krwi i kości. Zaczęło się bardzo niewinnie, jeszcze w mrocznych latach sześćdziesiątych, od genialnego zdjęcia Czesława Niemena z odręcznym autografem, które młody pasjonat dostał od samego mistrza. Prawdziwy boom na gromadzenie pamiątek wybuchł jednak pod koniec 1993 roku. To właśnie wtedy oficjalnie zarejestrowano Stowarzyszenie Muzyczne im. Krzysztofa Klenczona „Christopher”, które wrzuciło wyższy bieg i zaczęło działać na pełnych obrotach.

Skąd te wszystkie skarby? Z czystej przyjaźni. Wilczkowiak przez lata organizował gigantyczne wydarzenia i dziesiątki koncertów, żyjąc w totalnej symbiozie z muzycznym środowiskiem. Swoje dorzucili zaprzyjaźnieni muzycy z Czerwonych Gitar czy chłopaki z zespołu Żuki. Jeśli zastanawiacie się, co można tam upolować wzrokiem, to zapnijcie pasy. W gablotach leżą oryginalne pałeczki Jurka Skrzypczyka, legendarnego perkusisty Czerwonych Gitar. Są statuetki, w tym jedna wyjątkowo zakręcona, zgarnięta prosto ze stacji benzynowej i kolejna ze Szczytna, będąca namacalnym dowodem uznania za lata kulturalnej orki.

Ale co jest prawdziwym świętym Graalem tej wystawy? Gitara, którą pan Wiesław dostał od formacji 3 Korony 2000, gęsto pokryta autografami największych legend naszej estrady. Czysta magia. To eksponat, przy którym serce bije trochę szybciej.

Ta ekspozycja to jednak nie tylko zbiór fajnych gadżetów, to tętniąca życiem opowieść o narodzinach polskiego big beatu. Wiedzieliście, że nasz rodzimy bunt z gitarą w tle wykluł się bezpośrednio z jazzu? Wszystko zaczęło się w Sopocie, podczas drugiego festiwalu jazzowego, kiedy amerykański żołnierz stacjonujący w Niemczech, niejaki Big Bill Ramsey, wszedł na scenę i odpalił numer „Caldonia”. To był ten moment. Franciszek Walicki, nazywany dziś ojcem polskiego rocka, a do tamtej pory zagorzały promotor jazzu, z miejsca zmienił front. Bakcyl został połknięty. W 1958 roku w gdyńskim kinie Mewa – dzisiejszym Gromie – zagrał pierwszy historyczny koncert zespołu Rhythm and Blues. Z tego niezwykłego, kipiącego energią nurtu wywodził się Krzysztof Klenczon. Rasowy rock'n'rollowiec, zdecydowanie odległy od wizerunku grzecznego balladowca, który swoimi kompozycjami elektryzował wielotysięczne tłumy.

Ekspozycja Wilczkowiaka to już weteran w trasie. Zjechała kawał Polski, rozstawiając się kilkukrotnie na zamku w Pułtusku czy w Szczytnie. Teraz jej przystankiem są Mikołajki, gdzie przez trzy festiwalowe dni będzie nakręcać atmosferę i przypominać, skąd wzięły się dźwięki, które ukształtowały pokolenia. A co sam autor kolekcji ma do przekazania setkom młodych artystów, którzy za moment wyjdą na scenę zmierzyć się z legendą? Krótko, szczerze i na temat: „Wszystkim życzę pierwszego miejsca”.